Tańce ludowe z okolic Chwaliszewa

Kwiecień 2, 2009

Czartorka

Na początku czar młotów pneumatycznych, w chwilę później cała kostka brukowa ląduje na stercie i wszystko zaczyna przypominać radosne barykady jak z powstania. Pani Agnieszka ze sklepu „Jacuś” ma cudowny widok, bo młodzież pracująca występuje w tym reality show bez koszulek pomimo 5 stopni. Co chwila wykopują z chwaliszewskiej ziemi przedziwne przedmioty, a to monetę Mieszka, a to trampek Karolinki, włos z głowy jednego z Arcybiskupów, piuskę nieznanego pochodzenia, szkielecik kota lub psa (zbadają to specjalne służby). Wieczorami, kiedy wszystko się kończy, emo-dzieci, które całymi stadami (zgodnie z panującymi u tego gatunku zasadami), przemieszczają się nad Wartę w celu rytualnych westchnień i pogrążania się w smutku, gapią się w rozkopaną ulicę, jakby szukały tam odpowiedzi na jakieś ciężkie egzystencjalne pytania. Latarnie świeca przyjaźnie. Samochody jeżdżą ciut wolniej. Dopiero nad ranem, około 5 lub 6 pierwsze balkonowe nimfy moszczą się na poduszkach, „Jacuś” otwiera swoje podwoje i przybywa młodzież pracująca, by prężyć muskuły i pokiwać się w rytm nieznanego mi wcześniej tańca.babsztyl

Wenecjanka

Temat prezerwatyw dotarł i tutaj. Ktoś chciał je zakupić w sklepie, który nosi nazwę drobnego płaza, ale zrezygnował, bowiem ulicą wędrowali księża. Księża pobożnie weszli do sklepu, by kupić coś do picia. No i pan, który już już trzymał paczkę Durexów w dłoni, oddał je sprzedawcy i spłonął rumieńcem. Ponieważ stałem za nim, widziałem wyraźnie nabiegającą krwią pulchną twarz i jego wstyd rozlał się po całym sklepie. Chciałem je kupić, ale nie miałem tulu grajcarów i szekli, więc zrezygnowałem z drażnienia księży.img_7734

Tango Tylne Chwaliszewo

Jaś nie ma roweru, ale odbywa stosunki płciowe na klatce schodowej. Jakoś to, że ma trzy dziewczyny naraz wcale dziewczynom nie przeszkadza. Więcej, dziewczyny się przyjaźnią, chodzą razem do knajp i lumpeksów i palą ćmiki pod mostem, wtedy kiedy nie ma tam jeszcze emo-dzieci. Jaś nie ma zielonego pojęcia, że one wiedzą o sobie, więc jak typowy samiec, kręci, łże i kombinuje. Ale Jaś ma tajemnicę, o której nie mają bladego pojęcia dziewczyny Jasia. Kiedy już na klatkach schodowych zaspokoi swoje panienki, biegnie do klubu na św Marcinie, gdzie jest karaoke i śpiewa. Śpiewa dużo i namiętnie. Śpiewa piosenki Ireny Santor, Zdzisławy Sośnickiej, Maryli Rodowicz. A że klub jest gejowski, to Jaś znalazł świetny sposób, by pić, nie wydając nic. Pozwoli takiemu gejowi przytulić się do prawdziwego mężczyzny, nie odrzuci dłoni, która powędruje na udo, da pozachwycać się muskułami, a nawet przyzna się ile ma centymetrów szczęścia w rozporku. I tak do rana, do 5, czasami do 6. Czasami gdy wraca, spotyka młodzież rozkopującą ulicę. Postoi, pogada z nimi, czasami kupi piwko i wraca do siebie. Jego dziewczyny spotykają się, kiedy on śpi. Palą papierosy pod sklepem, zaczepiają znajomych i wymieniają się uwagami na temat męskości Jasia i cieszą się, że jakoś to wszystko tak poukładały, ze wszystkie są zadowolone.

Ż ja Żabka M jak Matejko

Odkąd otworzono sklep dla plastyków, balkonowe nimfy mają o czym rozmawiać. Jedna z nich nawet poszła do sklepu i kupiła farby i kartony, i z nudów takie sobie obrazki pacykuje. Bo kiedyś malowała, ale dzieci, praca. Ale skoro teraz jak już wszystkich pochowała (łącznie z kotem), to co sobie będzie odmawiać. Akwarelki, takie jak w szkole. Drogie jak jasna cholera, ale ładnie wychodzą i rzeka, i drzewa, a nawet widoczek ulicy, tylko ludzie nie wychodzą z tych farb, bo jacyś rozmazani tacy.
sikawka


PULVERKOPF (fragment)

Marzec 15, 2009

_mg_1983Jestem Norbert von Hannenheim, urodziłem się 15 maja 1898 roku w Hermannstadt (dziś Sibiu Rumunia) i jestem trupem, co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Pytacie jaka była pogoda w mieście gdy się rodziłem?

Nie pamiętam.

Wiem, że akurat wtedy Stany Zjednoczone toczyły bezsensowną wojnę z Królestwem Hiszpanii a Otto von Bismarck szykował się do śmierci a mówiąc po ludzku. już wiedział, że zdechnie tak jak i ja wiedziałem na kilka dni przed 29 września 1945 roku. Urodziłem się na 4 dni przed świętem Wniebowstąpienia, co nie uczyniło mnie ani lepszym ani gorszym.

Może gdyby moja matka potrafiła zatrzymać cały proces o 48h wszystko potoczyłoby się inaczej? Wniebowstąpiłbym już wtedy i oszczędziłbym sobie żmudnego zaczerniania nutami papieru? Kto wie? Papieżem był Leon XIII a królem Rumunii Karol I. Kiedy w 45 roku umierałem w Meseritz proklamowano w Jugosławii republikę, ale uwierzcie mi, zupełnie mnie to nie obchodziło Zresztą co mogła mnie obchodzić Jugosławia?. Kiedy siedziałem na 10 godzin przed śmiercią, nad brzegiem Paklicy, dokładnie przy starym młynie, gówno mnie obchodziła cała Europa.

Byłem szczęśliwy, jak nigdy przedtem i oczywiście potem też. Przypomniało mi się jak wiosną tego roku patrzyłem na cierniki i ich gniazda i śmieszyło mnie to, że tak starają się zbudować to wątłe cudeńko. I nie miałem najmniejszych wątpliwości, że to one mają rację nie ja. Mój status trupa, z ich punktu widzenia był nie podważalny, nie istniałem dla nich, nie istniałem, kiedy uwijały się, łapiąc w wartkim nurcie budulec dla gniazda, nie istniałem, gdy się tarły i nigdy nie mógłbym zaistnieć, choćby najgenialniejszy z cierników, spiął się i wysilił wszystkie swoje neurony. Nie widziały mnie. Być może, któraś z tych rybek, kątem oka dostrzegła cień, ale jestem pewien, że mroku, który mógł się jej wydać niebezpieczny nie skojarzyła z człowiekiem, który umrze.

Wiem, że musiało je przerazić moje „rzekowstąpienie”, bo ściągnąłem buty i podwinąłem spodnie, żeby się im przyglądać. Włosy, których od stycznia nie ścinałem opadły mi na czoło. Jeśli mogę tak powiedzieć, to była ładna kamienista rzeczka. Nijak się ma do Renu, Dunaju czy Warty, ale ja za 10h (o czym wiem doskonale) popłynę z jej nurtem, gdzieś tam, w przeciwieństwie do cierników, bo tu gdzie stoję, nurt zanika, Paklica wybrzusza się lekko, zupełnie tak, jak na chorym jelicie pojawia się wrzód. Tyle, że piach i kamienie są tu czyste.

Jest 8 rano, mniej więcej o 20 znajdą mnie martwego, wcześniej przejdę kilka kilometrów do Obrawalde, położę się w łóżku na oddziale i zasnę. Może, któraś z polskich pielęgniarek, będzie starała się dowiedzieć jak brzmi moje nazwisko. Wycharczę coś ale nie martwię się tym zupełnie, że moje nazwisko na akcie zgonu zapiszą niepoprawnie. Hermanhaim albo Hammerheim. Co to ma za znaczenie? Słucham i tylko to jest ważne. Dla niektórych to może być wariactwo, słuchanie kamieni, skrzypienia drzwi czy okien, stukotu kopyt i pokrzykiwań zza rzeki, ale dla mnie nie. A co by nie powiedzieć, to ja tutaj jestem umierający, mam prawo do dźwięków. Byłbym bez nich?

Głupie pytanie, kiedy się czuje każdy kamień, piach i plączące się ramiona wodorostów, równie idiotycznych jak broda króla Karola, który miał w dupie moje narodziny, jak i całą resztę mojego życia, tym bardziej, że miał gdzieś wszystkich Sasów świata, rosnących jak grzyby w najmniej oczekiwanych miejscach. Chociaż, co on myślał, nie wie nikt poza nim.

Frau Werhunt jest zadowolona. Spogląda na mnie z piętra swojego domu w którym suszy się konina (zdobyta jakimś cudem) i pichci tłusta zupa na kościach. Jej się wydaje, że uratowała mi życie. Ale to nieprawda. Jeśli mogę tak powiedzieć, moje życie skończyło się dużo wcześniej. Może wtedy, kiedy oderwano mnie od fortepianu i musiałem słuchać wrzeszczącego feldfebla, powstań, padnij, powstań?

Ale ja już płynę, a ona tego nie dostrzega i nic nie mogę zrobić, dokładnie tak jak nie wytłumaczę ciernikom, że ten cień, przed którym uciekają to ja Hane i nie warto bać się kogoś, kto za kilka godzin umrze. Frau Werhunt, jest w ciąży, ale trzyma dom twarda ręką. Mam wrażenie, że poradziłaby sobie w każdych warunkach, nie tak jak ja.
To już, któryś raz kiedy brodzę w rzece i zaglądam do ciernikowego świata. Tak naprawdę towarzyszyłem samczykom od początku, to jest odkąd uwiły gniazdka aż po wyklucie się młodych. Pojawiałem się nad nimi, jako cień, zmącenie dna, pewnie nigdy jako człowiek z krwi i kości.
I to jest ostatni raz, kiedy się im przyglądam. Ktoś inny będzie tu brodził i wprowadzał niepokój do ich świata.


Cudowne niezrozumienia

Grudzień 9, 2008

Już myślałem, że wszystkie fotki z Barcelony trafił szlag, a tu Jordi (jeden z bohaterów powieści Gai Grzegorzewskiej) przysłał mi płytkę, którą podobno zostawiłem w Barcelonie, a dokładniej u niego w domu. Przy okazji, powiedział, że szczerze to on uważa że poetą to ja jestem ale fotograf ze mnie do dupy. Postanowiłem zbyć tę uwagę katalońskiej cioty wzniosłym milczeniem i nie przejmować się radosnym pierdoleniem zawodowych fotografów. Mój szanowny brat, którego oczka widzicie wchodząc na bloga, sądzi nieomal to samo co Jordi, ale nie jest tak wylewny.
Nieważne.
Ponieważ, książka pod tytułem Drobne! Drobne! Ukaże się za kilka dni, postanowiłem wyjaśnić przynajmniej dwa tajemnicze miejsca w dwu wierszach. Jedno wierszydło pojawiło się w notce pt Żorebunia. Drugie, pojawia się tutaj.

Polazłem do Punto, gejowskiego baru w dzielnicy L’Eixample ( dziś zwanej potoczne Gayxample- czyta się jak gejszample i eszample), jakoś w pierwszym tygodniu pobytu w Barcelonie.
Lokal, jak lokal, ani piękny ani brzydki.dscf3072
Za to ludzie jak najbardziej uroczy. Rozwrzeszczane ciotki, posępni starsi panowie, którzy kraśnieli kiedy ich znajome młodsze cioteczki witały się z nimi cmok, cmok cmok w policzek. Bo ten zwyczaj tu obowiącuje i całują się na całego nawet nieznajomi.

dscf30701

Nie mówię po kataluńsku ani po hiszpańskiemu, siedziałem więc sobie jak myszka przy stoliku, zerkając tu i ówdzie. Maria, która mówi w obu narzeczach, była zbyt zmęczona, żeby mi cokolwiek tłumaczyć, ale po trzecim piwku, dyskretnie tłumaczyła mi rozmowy, zasłyszane przy stolikach. Ponieważ od czasu do czasu, rozmawialiśmy w języku jaki posługują się ludzie w Przywiślańskim Kraju, zwróciliśmy uwagę kelnera. Najzwyczajniej w świecie podszedł do nas usiadł sobie i zapytał skąd jesteśmy. Zaraz potem padło pytanie, co robimy i kiedy dowiedział się, że jestem el poeta, jak każda, rasowa ciota rozwrzeszczał się na całe Punto, że tutaj oto siedzi el poeta z Polski. No i się zaczęło.
Chodzi o to, że poeta w Katalonii (nieważne jak kiepski), ma status gwiazdy, tajemniczego obiektu zza światów, bóstwa, któremu to bóstwu trzeba znosić dary. No i tak się stało. Alan, bo tak miał na imię kelner, postawił na naszym stoliku chyba z 10 butelek piwa i oświadczył, że to prezenty, a on sobie z nami pogada za godzinkę, jak tylko skończy.
Cały poniższy wiersz, został zbudowany z cytatów z Alana.
dscf3065

Punto. Barcelona Muntaner 63

„Bo wiesz, nie mam wielkich oczekiwań.
Wracam z pracy, poczytam książkę,
może włączę telewizor, zasnę w ubraniu.
Obudzę się i znowu tutaj za bar,
pośmieję się, ktoś poklepie mnie po tyłku
albo ja kogoś, wiesz, bez oczekiwań.
I tak w kółko, może ktoś wyrwany
tutaj, jeśli dotrwa nim skończę robotę,
przejdzie się ze mną do mieszkania.
Może przejdę się do innego baru, ja
nie mam wielkich oczekiwań, książka,
coś do jedzenia w domu. Skąd ta uroda?
Ojciec jest z Maroko, mam na imię Alan,
dobre, co nie? A ty księżniczko?
Ja chciałbym, żeby mój facet mnie szanował,
między tym świtem, kiedy się pojawiam,
a tym popołudniem, kiedy się budzę.
Jak to się mówi po polsku?
Nie wypowiem tego. To trudne. Takie
inne, dziwne. Ale jesteśmy tacy sami
księżniczko, prawda? Zrobimy sobie
razem zdjęcia, pokochamy przez chwilę
i zapomnimy o sobie”.

W wierszu Montjuïc pojawia się fraza o chłopakach z Triestu. A było to tak, że kiedy błąkałem się pod Sagrada, zauważyłem chłopaków i zacząłem robić im zdjęcia. Chodziło o to, że zachowywali się co najmniej wyzywająco. Na przykład tak:dscf3178
Kiedy się zorientowali, że robię im zdjęcia, machali mi chusteczkami, pokazywali niedwyznaczne gesty (wyjasnienie dla dzieci: gest niedwuznaczny do gest trzepania konia) no i śpiewali i tańczyli.
dscf3182dscf3181

Wróciłem po jakiejś godzinie na Ramblas i tam spotkałem ich znowu. Powędrowałem za nimi do Portu i na Montjuïc, gdzie już całkiem wściekli, powiedzieli mi wprost, żebym za nimi nie chodził i nie robił im zdjęć. Kiedy oni do mnie po włosku, to ja do nich po polsku. I tak gaworzyliśmy przez pięć minut. Było to najpiękniejsze pełne i obustronne niezrozumienie się jakiego zaznałem.dscf2437

Na dwu pozostałych zdjęciach, Pan Wielki Kataloński Fotograf .dscf2353
No i przy pracy nad filmem „Dwanaście Gniewnych Ciot – powrót”dscf2521


Łukasz! Kup mi skejta na Allegro.pl!

Październik 29, 2008

U Joasi butelka carmener i hinduskie papierosy. Mała Tsering śmieje się ze zdjęć i jest przyjemnie do 23, bo póżniej już powrót do domu i pamięć, że się wcześniej w „Głosnej Samotności” ględziło publicznie o Wagnerze, przynosi jakiś wstyd pomieszany z rozbawieniem. No i do tego ten rozklapany lewy but. Żeby zupełnie nie oszaleć, poszedłem na chwilę do Dragona, ale tam nic, żadnego cholernego Amfortasa, któremu można by wyleczyć rany. Pijany Joe oparty o blat, Nathan, który bełkocze jak dziecko i stara się podśpiewywać, co jest o tyle przykre, że głos ma jakiś skrzekliwy i żabi i generalnie to głos ten stanowi jawna obrazę Pana PrezdĘta ERPE, bo tak do niego podobny. Poza tym horda Wizygotów, przekonana, że trafiła do jakiejś wioski w Kongo (szybko wyprowadzona z błędu paroma kopniakami pana z ochrony) i szybkie samotne piwo brzy barze, z nieodłącznym strzyżeniem uszami i zerknięciami, tak jakbym nie mógł wlepić gał w jeden punkt i spokojnie siorbać. Kiedy wróciłem do domu Wielki Mufti już spał. Usiadłem do kompika, poczytałem poranne wypociny z „Pulverkopfa” i odesłałem na łono Abrahama 6 stron (słownie sześć). W chwilę później nasze dobre bóstwo Gmail, plunęło ostatnia korektą do „Drobnych”, które ukażą się za miesiąc.
I tak siedziałem prawie do czwartej, kiedy mi przyszło na myśl, że muszę mieć przynajmniej dwa, trzy tysiące na nowe ubranka dla Łukiego i siebie i, że trzeba to jakoś wyrwać z rzeczywistości. Rozmarzyłem się oglądając na cam4, wygibasy i seksik Filipa z Toronto. Napisałem mu, że jest przepiękny, a on w tym samym momencie, najzwyczajniej w świecie, strzelił całą swoja quebecką spermą na klatę. Po czym uśmiechnięty wymieniał przez godzinę uwagi na temat Europy. Powiedziałem mu, że z takim sprzętem pobożnym niech natychmiast przybywa. Pół miasta omdleje na jego widok. Pogadaliśmy też o związkach, karmie, życiu pośmiertnym, ufo i yeti, po czym poszedłem spać.
Mieliśmy z Szymonem robić film i przez cały sen pamiętałem o tym aż nadto, łaziłem po cmentarzach, po ośrodkach badawczych i każdego nagrobka z lastryko pytałem „czytałeś?”. Żadnych odpowiedzi.

Rano prysznic. Minutowa modlitwa do rozerwanego buta, żeby się nie rozerwał jeszcze bardziej i do „Głośnej”. W drodze żal, że już ta cholerna jesień, bo nie widać chłopaków w krótkich spodniach a co to za życie bez nich, bez ślinienia się na widok łydek ud i stóp. Groza a nie życie. I we łbie zamiast mantr dudniąca „Miłosna Śmierć Izoldy” Wagnera, zupełnie bez związku z chlapą i pluchą.

No to skupiłem się na Paderewskiego, raz ze względu na but, który jednak niebezpiecznie zakłapał, dwa ze względu na te pieniążki co mają upaść mi pod nogi z ożywczo ołowianego nieba, trzy, bo przecież mąż mężem ale jakieś piękno do zachwycania się i spazmów jest potrzebne. I tak mantruję, zerkam, stąpam ostrożnie, przemykam między babciami i ich parasolkami, między pryszczatymi licealistami i docieram do „Głośnej”. Zdechły i schorowany Tomek przy stoliku, obok niego Szymona. Cześć, cześć. Od tych mantr, czuję się jakiś lżejszy i nawet od tego obsesyjnego motywu w głowie, no przynajmniej z pięć kilo mniej. Biorę kawę, wyciągam hinduskie fajki, te od Joasi i wtedy jak w filmie, stop klatka a do naszego stolika zmierza chłopak (CHŁOPAK).

Zerka na mnie podejrzliwie, ja na niego też. Wita się z Tomkiem, z Szymonem w końcu ze mną. Ładny, w moim typie, który poza mną się nikomu nie podoba. Delikatny, wymokły, z głębin i czeluści, typ podprawiony depresją jak sos zasmażką. Wąskie dłonie, delikatne ruchy i lekka prawie niezauważalna ociężałość. No i proszę. Tak chciałem się kimś pozachwycać no to mam. Gadamy, kawunia, chiny (bo on w chinach był, a Szymon w Mongolii), on karate, ja literatura, Tomek wniosek do Instytutu Książki, nagrobek z lastryko. I on się ociąga i my z Szymonem. I po chwili dowiaduję się, że ON, będzie miał wieczór autorski, ja zaciągam się hinduskim papierosem, który tym się odróżnia od naszych, że tytoń zawinięty jest w liść a nie w papier. W końcu on wychodzi i my wychodzimy.

To teraz, myślę sobie, skoro już jedno spełnione, to rozglądam się za tymi pieniędzmi. Gdzie to niby leżycie kochane, w której bramie – pomrukuję. Ale nic. Wchodzimy do zakładu Pogrzebowego, a pani nam mówi, że ona jest niefotogeniczna i nie kręćcie. No przecież mi chodzi o trumny a nie o panią. A trumny, trumny jak najbardziej są fotogeniczne. No więc, kręcimy trumny, ja czytam, ludzie wchodzą, żeby pogrzeby załatwić, a tu nagle pojawią się w garniturze czarnym, wysoki barczysty ON. No drugi raz? Czyli, że pieniążka nie będzie. W senniku napisali: dwu facetów ślicznych spotkanych, znak, że pieniężna dupa. Trochę się zmartwiłem. A Śliczność podchodzi i w najlepsze zaczyna tokować o trumnach. Ta, najwyżej zawieszona, to pierwsza zaprojektowana przez szefa. Zrobiona, jak barokowe trumny. Patrzę i chociaż groza mnie przenika, na myśl o tym co się w nich będzie działo, kiedy ich użyją, to muszę stwierdzić, że rzeczywiście śliczna. Kręcimy, gadamy, wychodzimy, wracamy do „Głośnej”. Teraz to trzeba filmik zmontować. Więc idziemy na druga stronę ulicy. Montujemy. I tak gdam to z Szymonem, to z tym od kawki rano i mysle sobie, kogo on mi przypomina, skąd ja znam te ruchy, te miłość do Witkacego i Schulza, co mi to przypomina?
I już wiem, po paru minutach. To sobowtór Pitera. No dobrze. Prysło. Schodzę więc na dół i mysle sobie, że zaczynam od początku. Gdzie są te pieniążki. Przecież zaklinam rzeczywistość. Idę. Tuptam, podfruwam nieomal i nagle:
są.

Całe pięć złotych.


Ośrodek Brocka

Październik 25, 2008

Zderzają się dwa samochody, a facet w Piccolo spokojnie zjada swoją porcję (koniecznie z groszkiem proszę pani). Z jednej strony ulicy na druga przebiegają dzieciaki. Wrzaski i śmiechy, chociaż jest już 18 i mnie się wydaje, że potwory powinny być w łóżeczkach i raczyć się opowieściami o królewnach bez głowy, o rycerzach, którym oberwało jaja – i koniecznie – o królu impotencie, któremu fiuta postawi dopiero włócznia św Maurycego wbita prosto w wątrobę. I niech jedzą dużo ryb i na koszulkach niech noszą takie fajne rybki, którymi to rybkami niektórzy kierowcy ozdabiają samochody, ale niechże to będą nadgryzione rybki, albo rybki kopulujące z innymi rybkami, albo rybki do góry brzuszkiem z wykaligrafowanym gotykiem napisem JEBBUS.
Bo te z innym napisem, jakoś nie chronią, samochodów przed stłuczkami. Niby nic wielkiego, stoję przy sklepie akwarystycznym, czekam aż W. kupi żwirek do srania dla swoich fretek. Co mają fretki z akwarium? To oczywiste, należałoby je potopić, ale to moje prywatne zdanie. I tak między dzieciakami, stłuczką, żwirkiem, terkocze telefon ( walc minutowy Chopina) i mama głosem mojej
mamy, mówi mi, że coś się stało z jego ośrodkiem Brocka. Czyli, że nie mówi. No to ładnie. Od zawsze był mrukliwy, a teraz już nic nie będzie mówił. No więc patrzę na dzieciaki, faceta i słucham mamy. Jest tak samo zdystansowana jak ja. To już czwarty raz, a lekarze wieszczyli jego śmierć za pierwszym razem. Ale nie sadzę, żeby zdarzyło się to teraz. Chowam telefon do kieszonki i spokojnie robię zdjęcia. Myślę, że jeśli wieczorem telefonik zadrynda jeszcze raz, będzie to oznaczało, że się pomyliłem. W. wręcza mi torbę ze żwirkiem i wędrujemy do domu.
Telefon dzwoni dokładnie pod domem.
Ale to nie mama, to K. który mówi, że musimy się spotkać na kawę. Mówię, że spokojnie i przekręcam klucz.
Pan dozorca umył schody. Wszystko pachnie szarym mydłem. Wnoszę, żwirek, zostawiam go u W. Mówię Łukaszowi, że wrócę za dwie godzinki, jak tylko wysiorbię w Dragonie kawę, która będzie oczywiście piwem. Dzwonię, do K, żeby potwierdzić, że za dziesięć minut w Dragonie, ale nie odbiera. Idę spokojnym kaczym kroczkiem, słuchając Lali Puny. Słucham, idę i nagle orientuję się, że nie zawędrowałem na ulicę Zamkową, tylko na Strzelecką. I wtedy patrzę na sklep.
Sklep nazywa się Równość.
Jak ładnie, jak ładnie, mruczę, robię zdjęcia i wracam na Zamkową.
K siedzi przy kawie, która nazywa się piwo.
Aleks przy barze pyta mnie : co będziesz pił łazęgo.
Telefon zadzwonił dopiero następnego dnia rano.


Adon Olam

Październik 23, 2008


No proszę, proszę. Zawędrował do pedalskiej knajpy. Ciemne oczka świdrują barmana. Po angielsku, proszę bardzo. Narysuj mi drogę do klubów gdzie są ludzie i można gadać. Ale chodzi o seks? Czujesz się samotny w hotelu? Nie. A ja siedzę stolik obok. Przecież nie powiem mu dziś jest Ha- Torach, idź się stary połóż, zamiast łazić po knajpach. Ale barman jest szybszy : on żyd, ty żyd i tamten żyd. Jeśli masz nazwisko Rubinstein albo Józefowicz. No to myślę sobie, cholerny cedrze z Libanu, daleko zawędrowałeś. Więc siada obok i już wiemy, że ma na imię Izzak.

Kupuje tu domy,starszy syn to Ilja, najmłodszy Elijahu a jego dziadek był Włochem. Za śmieszną cenę kupił pałacyk w Bukareszcie. Jego żona już nie jest taka piękna i on w Hajfie nie może tak sobie pójść do pedalskiej knajpy i wyrwać chłopca, który miałby piękne oczy. Sygnet na palcu, ale jakiś dziwny wzór. Jacek mnie szturcha, mówi: carewiczu patrz mosad jak nic. A mnie się zdaje, że to jakiś rupieć bardziej, sentymentalna pamiątka, coś jak odpustowa piosenka. A co można o Hajfie. Bardzo piękni ludzie. Dużo nowych budynków. Tylko Jerozolima jest stara. Ceny domów takie straszne, a przecież to pole minowe? Tu u was w Europie przedstawiają to źle. Ludzie są spokojni, to nie jest tak, że co dnia wysadzają jakiś autobus, nie jest tak. No i w nazwie to miasto ma jakiś haj. Mówi, że drzewka pomarańczowe i migdałowce i figi i morze i góry. Cholera, jak tam musi być pięknie. Oglo chce koniecznie postawić drinka barmanowi. No dobrze. Jesteśmy jak spółka. Ona ma pieniądze, których nie mam ja i tak dalej. No to już wiemy, że najmłodszy Elijahu, ma oczy po swojej matce, która je sobie wzięła od swojego syryjskiego tatusia. Taki genetyczny miszmasz. Na zdjęciu wygląda jak każde dziecko. On jest bardzo koszerny, śmieje się Izzak. A wy? Ja mówię, ze mnie taki żyd jak z koziej dupy trąba. Ale lubię teorie spiskowe i jakoś mi nie przeszkadza nic w knuciu światowego spisku. Piękny kraj, wzdycha, piękny i tak cudownie chłodno. A Dawid ma imię po pradziadku co mieszkał w Krakowie. Muszę się wzruszyć zdjęciem Dawida. Przystojny osiemnastolatek.

A ty chciałbyś dzieci? Dlaczego sobie nie zrobisz? Jak pipecie? Nie rozumie mnie. Wy tutaj tacy zamknięci na wszystko, musi być open, open. Mam tak samo jak ty, jaja moje a w nich, być może kilka milionów potencjalnych ludzików, ale na co to komu? No i idziemy do Dragona. Tam lepiej, ale o zgrozo puszczają muzykę z TzadikFestival i Izzaak rozpoznaje, a to Chanukija, a to adon olam i śpiewa.

Śpiewający żyd jest ok. Ale przy stoliku obok siedzi Karol i Karol patrzy na Izaaka. Masz piekne oczy mówi Izaak. A ja chciałbym postawić ci piwo. No i rozmawiają. Karol chyba lubi dzieciatych czterdziestolatków z Izraela, bo Icek pyta mnie o taksówkę. Dzwonię i mówię, proszę pani ważny gość, ja pani w sekrecie powiem, że z Izraela, rozumie pani, tajniak i niech ten kierowca będzie anglojęzyczny. Pani się boi. Pani rozumie, że z mosadem nie ma żartów, a Karaol nie chce jeszcze wychodzić. To dzwonię, proszę pani, oni chcą tu zostać jeszcze, rozumie pani. Kierowca jej mówi, że jest ciekawy oficera wywiadu, więc sobie postoi. I tak czeka chyba ze trzydzieści minut. Karol ma maślane oczy. Więc to już.

Telefon Oglo dzwoni i dzwoni. Wiem co to za głos tam po drugiej stronie. I ona znika. To oczywiste. Po prostu pstryk i rozwiewa się, zostawiając rękawiczki za 150 złotych. Dupa. Bo przecież nie mam już ani grosza. Jeszcze nie rosną w moim pokoju grosiki i złotóweczki. Ale wtedy słyszę głos z nieba, bracie, ja muszę jechać z tym o to młodym mężczyzną z którym będę miał następną trójkę dzieci, ale ty pij i jedz na mój koszt, masz tu sto talentów w złocie i je kurwa przepij. I Izzak, wsiada do taksówki z Karolem, bo wezwał go Adonaj na prokreacyjne pole. A obok mnie Marek, którego przyjaciel poszedł w długą, zabierając mu dziewczynę. I Marek przeciera okulary, drobnymi sześćdziesięcioletnimi łapkami i pyta mnie gdzie jest czystość, gdzie uczciwość? Bo przecież ona tak pięknie się rżnęła. Czy on pomyślał, że ja leżąc w wannie i waląc konia wyję myśląc o niej? Niby przyjaciel a kradnie mi dziewczynę. Ale marek mówi coraz słabiej. Grajcary płyną do baru a wracają kufle piwa.

I kiedy Marek zasypia na stole, ja widzę śliczna dłoń, która gasi peta w naszej popielniczce. A widzę też zarys uda. I jak się wysilę, myślę sobie to może i twarz ujrzę. Ale dłoń tak piękna jest, że najpierw ja chcę wchłonąć i smutno mi, bo wiem, że się nic nie powiedzie. Co najwyżej, mogę sobie pomyśleć, co jest za ta dłonią, co za horyzontem zdarzeń. I wtedy dłoń mnie ujmuje pod ramie i pojawia się długa i na plecach czuję tors. I całkiem znajomy głos, chociaż nie mogę sobie przypomnieć czyj mówi mi, chodź misiu, chodź do domu, zaniosę cię.
Cięcie.


Jak umierał pan pies

Październik 19, 2008

O jednego faszystę mniej – tak odetchnęliśmy z Kubą na radiowej antenie, pomimo tego, że ze śmierci typa cieszyć się nie powinniśmy. Prawica w szoku. No i dobrze. Był pijany, jechał za szybko i za wielu kolesi obciągało mu fiuta w wiedeńskich klubach. Ciekawe czy gwiazda naszej ptasicy (upss chciałem rzec prawicy) też się rozpuknie z nadmiaru gorąca w saunie w Fantomie (Bracka 25 bodajże).

Idzie nowe. Nowe ma czarna koszulkę i deskorolkę i czub na głowie i niczym buzdygan niesie butelkę z mineralną. Piękny obrazek, który udało mi się uchwycić na św Marcinie. Gdyby tego chłopca ktoś skrzywdził wyłbym, ale po Jorgu jakoś nie. Skrajni prawicowcy najpiękniej wyglądają podczas obrządków pogrzebowych, w których robią za główna osobę dramatu. Kiedy są sztywni, martwi, zgnili, poza rzeczywistością – wtedy są najpiekniejsi. Powyższe tyczy się tez skrajnych lewicowców, żeby było jasne. Jedna i druga nacja nie bawi mnie nic a nic. A poza tym biało. Białe koszule, skarpetki, buty. No białaczka wokół zupełna. Śpię jakoś dłużej, mniej jem i chyba zacząłem chudnąć, co wywołało moja euforię. Bardzo się ciesze ze straty 3 kilogramów łoju.

Ale poza tym wszystkim jest żal za Jordim. Nie budzę się już w mieszkaniu pełnym katalońskiego gdakania, nie mam komu wyjaśniać zawiłości polskiej duszy, ani pić wódki na raty, po łyczku, bo tak piją żabojady. Łuki mnie pociesza, mówi, że za dużo go było i jest w tym trochę prawdy, zagalopowaliśmy się Jordi, nieprawdaż? No i Mikołaj uświerkł jakby. Mniej go. To obiecuje, że przyjedzie, to znów znika z gg. Ale ja wiem dlaczego to i skąd. Nie oceniam. Mnie też było przykro po aferze z Żaume i Żasinto. Poza tym wszystkim fajne spotkania. Z Bonowiczem i Piórą. Mniejsze lub większe smutki. Pieniądze nadal nie pojawiają się na półeczce nad umywalka w łazience i ja się z tego miejsca zapytuję niby dlaczego? Skoro w nieskończonym kwantowym kontinuum, każda możliwość jest „możliwa” to ja się zapytuję dlaczego ich tam nie ma? Usilnie przecież myślę, tuż przed snem, by się tam pojawiły? I co? Psu na budę cała ta wasza kwantowość.

No ale do rzeczy. Kiedyś pewnie nie wyszedłbym na miasto w dziurawych butach, czy pocerowanych spodniach, ale romantyczna bieda robi swoje i już się przyzwyczaiłem. To nawet bywa zabawne, pod warunkiem, że nie trafi się do ciotowskiego klubu, gdzie, czubate i wyżelowane wywłoki, przeskanują cię na okoliczność wieku, ubioru i zapachu, a karteczkę z opisem wrzucą do pudełeczka opatrzonego numerem identyfikacyjnym 666 i napisem Trup. Człek obarczony tym mianem nie wypije spokojnie nawet piwa, nie wypali papierosa i nie zaczerpnie ze źródła rozmowy o najnowszych trendach w modzie. No dupa kompletna. I na nic będzie krzyk, że kochasz Madonnę i czytasz Pottera. Dziurawy but załatwia cię na amen.
Nad ranem jest inaczej. Dom wypełniony wcześniej oddechami i wartka mową, odszedł. Zastąpiła go landara z niebieskimi podłogami, krzywą nocną lampką, wypełniona wyciem psa, który od kilku dni zdycha piętro niżej. I jest nam przykro z powodu jego umierania, ale chcielibyśmy też, żeby zrobił to jakoś humanitarnie, nie obwieszczając tego całemu światu.

Kilka godzin temu wycie ucichło, myślę więc sobie, że to już.