Jestem Norbert von Hannenheim, urodziłem się 15 maja 1898 roku w Hermannstadt (dziś Sibiu Rumunia) i jestem trupem, co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Pytacie jaka była pogoda w mieście gdy się rodziłem?
Nie pamiętam.
Wiem, że akurat wtedy Stany Zjednoczone toczyły bezsensowną wojnę z Królestwem Hiszpanii a Otto von Bismarck szykował się do śmierci a mówiąc po ludzku. już wiedział, że zdechnie tak jak i ja wiedziałem na kilka dni przed 29 września 1945 roku. Urodziłem się na 4 dni przed świętem Wniebowstąpienia, co nie uczyniło mnie ani lepszym ani gorszym.
Może gdyby moja matka potrafiła zatrzymać cały proces o 48h wszystko potoczyłoby się inaczej? Wniebowstąpiłbym już wtedy i oszczędziłbym sobie żmudnego zaczerniania nutami papieru? Kto wie? Papieżem był Leon XIII a królem Rumunii Karol I. Kiedy w 45 roku umierałem w Meseritz proklamowano w Jugosławii republikę, ale uwierzcie mi, zupełnie mnie to nie obchodziło Zresztą co mogła mnie obchodzić Jugosławia?. Kiedy siedziałem na 10 godzin przed śmiercią, nad brzegiem Paklicy, dokładnie przy starym młynie, gówno mnie obchodziła cała Europa.
Byłem szczęśliwy, jak nigdy przedtem i oczywiście potem też. Przypomniało mi się jak wiosną tego roku patrzyłem na cierniki i ich gniazda i śmieszyło mnie to, że tak starają się zbudować to wątłe cudeńko. I nie miałem najmniejszych wątpliwości, że to one mają rację nie ja. Mój status trupa, z ich punktu widzenia był nie podważalny, nie istniałem dla nich, nie istniałem, kiedy uwijały się, łapiąc w wartkim nurcie budulec dla gniazda, nie istniałem, gdy się tarły i nigdy nie mógłbym zaistnieć, choćby najgenialniejszy z cierników, spiął się i wysilił wszystkie swoje neurony. Nie widziały mnie. Być może, któraś z tych rybek, kątem oka dostrzegła cień, ale jestem pewien, że mroku, który mógł się jej wydać niebezpieczny nie skojarzyła z człowiekiem, który umrze.
Wiem, że musiało je przerazić moje „rzekowstąpienie”, bo ściągnąłem buty i podwinąłem spodnie, żeby się im przyglądać. Włosy, których od stycznia nie ścinałem opadły mi na czoło. Jeśli mogę tak powiedzieć, to była ładna kamienista rzeczka. Nijak się ma do Renu, Dunaju czy Warty, ale ja za 10h (o czym wiem doskonale) popłynę z jej nurtem, gdzieś tam, w przeciwieństwie do cierników, bo tu gdzie stoję, nurt zanika, Paklica wybrzusza się lekko, zupełnie tak, jak na chorym jelicie pojawia się wrzód. Tyle, że piach i kamienie są tu czyste.
Jest 8 rano, mniej więcej o 20 znajdą mnie martwego, wcześniej przejdę kilka kilometrów do Obrawalde, położę się w łóżku na oddziale i zasnę. Może, któraś z polskich pielęgniarek, będzie starała się dowiedzieć jak brzmi moje nazwisko. Wycharczę coś ale nie martwię się tym zupełnie, że moje nazwisko na akcie zgonu zapiszą niepoprawnie. Hermanhaim albo Hammerheim. Co to ma za znaczenie? Słucham i tylko to jest ważne. Dla niektórych to może być wariactwo, słuchanie kamieni, skrzypienia drzwi czy okien, stukotu kopyt i pokrzykiwań zza rzeki, ale dla mnie nie. A co by nie powiedzieć, to ja tutaj jestem umierający, mam prawo do dźwięków. Byłbym bez nich?
Głupie pytanie, kiedy się czuje każdy kamień, piach i plączące się ramiona wodorostów, równie idiotycznych jak broda króla Karola, który miał w dupie moje narodziny, jak i całą resztę mojego życia, tym bardziej, że miał gdzieś wszystkich Sasów świata, rosnących jak grzyby w najmniej oczekiwanych miejscach. Chociaż, co on myślał, nie wie nikt poza nim.
Frau Werhunt jest zadowolona. Spogląda na mnie z piętra swojego domu w którym suszy się konina (zdobyta jakimś cudem) i pichci tłusta zupa na kościach. Jej się wydaje, że uratowała mi życie. Ale to nieprawda. Jeśli mogę tak powiedzieć, moje życie skończyło się dużo wcześniej. Może wtedy, kiedy oderwano mnie od fortepianu i musiałem słuchać wrzeszczącego feldfebla, powstań, padnij, powstań?
Ale ja już płynę, a ona tego nie dostrzega i nic nie mogę zrobić, dokładnie tak jak nie wytłumaczę ciernikom, że ten cień, przed którym uciekają to ja Hane i nie warto bać się kogoś, kto za kilka godzin umrze. Frau Werhunt, jest w ciąży, ale trzyma dom twarda ręką. Mam wrażenie, że poradziłaby sobie w każdych warunkach, nie tak jak ja.
To już, któryś raz kiedy brodzę w rzece i zaglądam do ciernikowego świata. Tak naprawdę towarzyszyłem samczykom od początku, to jest odkąd uwiły gniazdka aż po wyklucie się młodych. Pojawiałem się nad nimi, jako cień, zmącenie dna, pewnie nigdy jako człowiek z krwi i kości.
I to jest ostatni raz, kiedy się im przyglądam. Ktoś inny będzie tu brodził i wprowadzał niepokój do ich świata.
A kiedy będzie można poczytać całość Mistrzu?
Niedługo:P
Bardzo subiektywny wymiar czasu…