Już myślałem, że wszystkie fotki z Barcelony trafił szlag, a tu Jordi (jeden z bohaterów powieści Gai Grzegorzewskiej) przysłał mi płytkę, którą podobno zostawiłem w Barcelonie, a dokładniej u niego w domu. Przy okazji, powiedział, że szczerze to on uważa że poetą to ja jestem ale fotograf ze mnie do dupy. Postanowiłem zbyć tę uwagę katalońskiej cioty wzniosłym milczeniem i nie przejmować się radosnym pierdoleniem zawodowych fotografów. Mój szanowny brat, którego oczka widzicie wchodząc na bloga, sądzi nieomal to samo co Jordi, ale nie jest tak wylewny.
Nieważne.
Ponieważ, książka pod tytułem Drobne! Drobne! Ukaże się za kilka dni, postanowiłem wyjaśnić przynajmniej dwa tajemnicze miejsca w dwu wierszach. Jedno wierszydło pojawiło się w notce pt Żorebunia. Drugie, pojawia się tutaj.
Polazłem do Punto, gejowskiego baru w dzielnicy L’Eixample ( dziś zwanej potoczne Gayxample- czyta się jak gejszample i eszample), jakoś w pierwszym tygodniu pobytu w Barcelonie.
Lokal, jak lokal, ani piękny ani brzydki.
Za to ludzie jak najbardziej uroczy. Rozwrzeszczane ciotki, posępni starsi panowie, którzy kraśnieli kiedy ich znajome młodsze cioteczki witały się z nimi cmok, cmok cmok w policzek. Bo ten zwyczaj tu obowiącuje i całują się na całego nawet nieznajomi.

Nie mówię po kataluńsku ani po hiszpańskiemu, siedziałem więc sobie jak myszka przy stoliku, zerkając tu i ówdzie. Maria, która mówi w obu narzeczach, była zbyt zmęczona, żeby mi cokolwiek tłumaczyć, ale po trzecim piwku, dyskretnie tłumaczyła mi rozmowy, zasłyszane przy stolikach. Ponieważ od czasu do czasu, rozmawialiśmy w języku jaki posługują się ludzie w Przywiślańskim Kraju, zwróciliśmy uwagę kelnera. Najzwyczajniej w świecie podszedł do nas usiadł sobie i zapytał skąd jesteśmy. Zaraz potem padło pytanie, co robimy i kiedy dowiedział się, że jestem el poeta, jak każda, rasowa ciota rozwrzeszczał się na całe Punto, że tutaj oto siedzi el poeta z Polski. No i się zaczęło.
Chodzi o to, że poeta w Katalonii (nieważne jak kiepski), ma status gwiazdy, tajemniczego obiektu zza światów, bóstwa, któremu to bóstwu trzeba znosić dary. No i tak się stało. Alan, bo tak miał na imię kelner, postawił na naszym stoliku chyba z 10 butelek piwa i oświadczył, że to prezenty, a on sobie z nami pogada za godzinkę, jak tylko skończy.
Cały poniższy wiersz, został zbudowany z cytatów z Alana.

Punto. Barcelona Muntaner 63
„Bo wiesz, nie mam wielkich oczekiwań.
Wracam z pracy, poczytam książkę,
może włączę telewizor, zasnę w ubraniu.
Obudzę się i znowu tutaj za bar,
pośmieję się, ktoś poklepie mnie po tyłku
albo ja kogoś, wiesz, bez oczekiwań.
I tak w kółko, może ktoś wyrwany
tutaj, jeśli dotrwa nim skończę robotę,
przejdzie się ze mną do mieszkania.
Może przejdę się do innego baru, ja
nie mam wielkich oczekiwań, książka,
coś do jedzenia w domu. Skąd ta uroda?
Ojciec jest z Maroko, mam na imię Alan,
dobre, co nie? A ty księżniczko?
Ja chciałbym, żeby mój facet mnie szanował,
między tym świtem, kiedy się pojawiam,
a tym popołudniem, kiedy się budzę.
Jak to się mówi po polsku?
Nie wypowiem tego. To trudne. Takie
inne, dziwne. Ale jesteśmy tacy sami
księżniczko, prawda? Zrobimy sobie
razem zdjęcia, pokochamy przez chwilę
i zapomnimy o sobie”.
W wierszu Montjuïc pojawia się fraza o chłopakach z Triestu. A było to tak, że kiedy błąkałem się pod Sagrada, zauważyłem chłopaków i zacząłem robić im zdjęcia. Chodziło o to, że zachowywali się co najmniej wyzywająco. Na przykład tak:
Kiedy się zorientowali, że robię im zdjęcia, machali mi chusteczkami, pokazywali niedwyznaczne gesty (wyjasnienie dla dzieci: gest niedwuznaczny do gest trzepania konia) no i śpiewali i tańczyli.


Wróciłem po jakiejś godzinie na Ramblas i tam spotkałem ich znowu. Powędrowałem za nimi do Portu i na Montjuïc, gdzie już całkiem wściekli, powiedzieli mi wprost, żebym za nimi nie chodził i nie robił im zdjęć. Kiedy oni do mnie po włosku, to ja do nich po polsku. I tak gaworzyliśmy przez pięć minut. Było to najpiękniejsze pełne i obustronne niezrozumienie się jakiego zaznałem.
Na dwu pozostałych zdjęciach, Pan Wielki Kataloński Fotograf .
No i przy pracy nad filmem “Dwanaście Gniewnych Ciot – powrót”
och, jak dobrze Cię Edwardzie znowu poczytać:) z herbatką, po całym dniu, to prawie jak powrót do domu tutaj z Twoimi słowami, a ja zaczynam pisać, jak jakaś emfatyczna Krystyna, więc przechodzę do meritum: kiedy, gdzie spotkanie z Tobą i Twoimi wierszami:) muszę se przygotować pytania i się zgłosić:)))
Nareszcie! Autor się opuścił i już straciłem wiarę w ciąg dalszy .
Tak jak Brooke, czekam na wieści. Drobnych szukałem już wczoraj,posądzając miłą panią w księgarni o spisek i ukrywanie “Drobnych” pod ladą. No nic, czekam dalej. Może przed karpiem się doczekam.
Kapitanie, nie jest łatwo siedzieć jak mysz pod miotłą i udawać, że się Ciebie nie czyta. Wczoraj po rozmowie z moim Best Friendem z Krakowa (wiesz, którym) szukam Twojej książki jak wariat. On już ją ma – NIE WIEM SKĄD?! Z WYDAWNICTWA??? – i twierdzi, że znakomita. A w jego ustach, to wiesz – ho, ho.
Napisz mi, kiedy w moim tymczasowym pieprzonym mieście się ukaże… PS. Bardzo ucieszyła mję ta historia katalońska. Jeszcze więcej takich Dobrych Historii. Dobre na zimę i ciemnicę vel ciemnotę. :*
no wlsanie, wlasnie, musze sie przejsc do m.g., by pobrac od niego “drobne”, bo wciaz nie mam, w przeciez chce miec i czytac, czytac, bom ciekaw jest cos ostatecznie zrobil z ta ksiazka, wersje masznopisu byly tak rozne i bylo ich tak wiele…
‘najpiękniejsze pełne i obustronne niezrozumienie’ – ładne to
I cytaty z Alana też dobrze wchodzą, a Drobne są nie do rozmienienia, zwłaszcza o manichejczykach, słuchaj Tomasz22 – ja jestem Arnaut:
Samo ucho to jeszcze nie byt!
Ach, mniami to wszystko, dobrze, że jesteś.
Drogi, a gdzie nowa jakaś notka czy coś?
9 grudnia? i to jeszcze 2008 roku? Ktoś tu się opuścił w pisaniu bloga. Aczkolwiek czyta się wyśmienicie. No i te Barcelona…
Ja też czekam na nowości!
P.S. Mam nadzieję, że znalazłeś jeszcze jakieś fajne miejsce po Strychu;)